The European Short Story Network

Adam Marek

Tamagotchi

TAMAGOTCHI MOJEGO SYNA miało AIDS. Elektroniczne zwierzątko widać było na małym ekranie LCD w najwyżej 30 pikselach, ale choroba była oczywista. Wyglądało jak chory na AIDS, wiesz? Było chudsze niż przedtem. Niektóre z jego pikseli były wyblakłe, a źrenice jego ogromnych oczu – mniejsze, co nadawało jego spojrzeniu pusty wyraz.

Kupiłem Tamagotchi imieniem Meemoo dla Luke’a parę tygodni wcześniej. Tak naprawdę to chciał kotka, ale Gabby nie życzyła sobie kota w domu. „Koty przynoszą martwe ptaki i toksoplazmozę,” powiedziała wtedy z rękami rozłożonymi w ochronnym geście na wypukłym brzuchu.

Tamagotchi wydawało się idealnym kompromisem – coś dla Luke’a, z czym mógłby rozwijać empatię i czym mógłby się zaopiekować, coś, co go nauczy podstaw opieki nad zwierzętami przez pewien czas, po tym jak dziecko się urodzi. W książce napisali, że empatia to jedna z rzeczy, z którymi Luke będzie miał problemy. Będzie miał trudności z czytaniem wyrazów twarzy. To całe Tamagotchi miało tylko trzy różne miny, więc byłoby dla niego dobrym ćwiczeniem.

Luke i ja obserwowaliśmy razem Meemoo, który zwinął się w kłębek w kącie swojego ekranu. Co jakiś czas Meemoo podnosił się, kuśtykał do przeciwnego kąta i wydalał z siebie kupkę czegoś. Nie wiem, co to było, ani z którego otworu pochodziło – rozdzielczość nie była na tyle dobra, żeby można było powiedzieć.

– Za dużo go karmisz – powiedziałem Luke’owi. Odpowiedział, że wcale nie, ale wcześniej siedział na kanapie pracując kciukiem parę godzin z rzędu, więc jestem pewien, że właśnie tak było. Z Tamagotchi niewiele więcej da się zrobić.

Przeczytałem instrukcję obsługi która była w pudełku. Potrzeby Tamagotchi były proste: jedzenie, woda, sen, zabawa, zupełnie jak u Luke’a. Meemoo powinien dać sygnał, gdy zabraknie mu jednej z tych rzeczy. Zadaniem Luke’a, jako opiekuna Meemoo, było naciśnięcie odpowiedniego przycisku w odpowiednim czasie. Według instrukcji, przekarmianie, niedokarmianie, brak ruchu oraz zmartwienia mogą prowadzić do choroby Tamagotchi. Wtedy na ekranie powinna pojawić się mała czarna czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami i poprzez dwukrotne naciśnięcie przycisku A, a następnie raz B można podać lekarstwo. W instrukcji napisali, że czasem potrzeba będzie dwóch lub trzech zastrzyków, w zależności od tego, jak bardzo chory jest twój Tamagotchi.

Jeszcze raz spojrzałem na ekran Meemoo i nie było tam żadnej czaszki ani skrzyżowanych piszczeli.

W instrukcji napisali, że jeśli Tamagotchi umrze, musisz wsadzić ołówek w otwór z tyłu zabawki aby go zresetować. Wtedy urodzi się nowe stworzenie. Napisali, że możesz zresetować w dowolnym momencie.

Kiedy Luke wreszcie poszedł spać i nie mógł widzieć jak molestuję jego elektroniczne zwierzątko, znalazłem ten otwór z tyłu Meemoo i dźgnąłem go zaostrzonym ołówkiem. Ale kiedy odwróciłem go z powrotem, Meemoo wciąż tam był, nadal chory. Dźgnąłem jeszcze parę razy i próbowałem również ze szpilką, na wypadek, gdyby ołówek nie wchodził wystarczająco głęboko. Ale się nie zresetował.

Co by się stało, pomyślałem sobie, gdyby Meemoo umarł, skoro guziczek resetu nie działa. Czy to był jakiś defekt, który pozbawił go nieśmiertelności? Czy Meemoo miał tylko jedno życie? Wydaje mi się, że to czyniło je o wiele bardziej wyjątkowym, a to do pewnego, choć niewielkiego stopnia sprawiło, że stałem się bardziej zdeterminowany, by znaleźć dla niego lekarstwo.

Podłączyłem Meemoo do komputera – to nowa opcja dostępna w tej wersji Tamagotchi. Miałem nadzieję, że wyskoczy mi jakiś program diagnostyczny i to załatwi sprawę.

Okno Tamagotchi zamrugało z życiem na moim komputerze. Było tam mnóstwo wielkookich mutantów, które podrygując, domagały się uwagi, w tym jakiś inny Meemoo, który wyglądał jak swój obrazek na opakowaniu przed zachorowaniem. Jedną z opcji na ekranie było: „zsynchronizuj swojego Tamagotchi”.

Kiedy to zrobiłem, ograniczony świat Meemoo, świat kwadratowych szarych pikseli, przemienił się w kolorową, trójwymiarową animację na moim monitorze. Puste pomieszczenie, w którym mieszkał, objawiło się jako oranżeria wypełniona niemożliwymi roślinami, rosnącymi pod bladoróżowym słońcem Tamagotchi. A w środku tego świata, leżąc na dywanie, był Meemoo.

Wyglądał okropnie. W pełnej wersji świata Tamagotchi Meemoo był zwiędłym stworzeniem. Skóra na jego stopach była sucha i łuszczyła się. Jego oczy, kiedyś śnieżnobiałe z żywym błyskiem, były żółte i matowe. Widać było strupy wokół nasady jego nosa. Zastanawiałem się, jakiego rodzaju obłąkany umysł mógł stworzyć zabawkę dla dzieci, która była w stanie osiągnąć tak podły stopień rozkładu.
Klikałem na każdy możliwy przycisk aż znalazłem apteczkę. Z niej można było wyciągać tabletki i upuszczać je na Tamagotchi. Wydaje mi się, że Meemoo miał je zjadać bądź wchłaniać, ale one tylko unosiły się przed nim, jak gdyby Meemoo odmawiał przyjęcia lekarstwa.

Spróbowałem z nim tego samego wybiegu, którego używam z Luke’iem, żeby sprawić by wziął swoje leki. Zmieszałem je z jedzeniem. Przeciągnąłem udko kurczaka ze sklepiku i położyłem na lekarstwie, mając nadzieję, że Meemoo się podniesie i zje wszystko. Ale on tylko tam leżał, patrząc na mnie z nieco rozwartą buzią. Jego chorobliwy wygląd był tak przekonujący, że praktycznie mogłem poczuć jego cuchnący oddech wydzielający się z ekranu.

Wysłałem sarkastycznego maila do producentów Meemoo, opisując jego stan i zapytując, co trzeba zrobić by przywrócić mu zdrowie.

Tydzień później nadal nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, a z Meemoo było coraz gorzej. Zaczęły się na nim pojawiać bladoszare kropki. Kiedy zsynchronizowałem Meemoo na komputerze, kropki okazały się głębokimi czerwonymi wrzodami. A przez sposób, w jaki światło ze słońca Tamagotchi się w nich odbijało można było wydedukować, że są mokre.

Poszedłem do sklepu z zabawkami i pokazałem im naszego Tamagotchi.

– Jeszcze nie widziałam, żeby któryś tak robił – powiedziała dziewczyna za ladą – Pewnie te nowe tak mogą.

Któregoś dnia wróciłem z pracy do domu i zobaczyłem, że Luke bawi się z koleżanką. Koleżanka nazywała się Becky i też miała Tamagotchi. Gabby starała się organizować takie wizyty przynajmniej raz na tydzień, żeby Luke nauczył się obcować z innymi dziećmi.

Tamagotchi Becky podsunął mi pewien pomysł.

Ta wersja Tamagotchi mogła się łączyć z innymi Tamagotchi. Poprzez zbliżenie swojego Tamagotchi do Tamagotchi kolegi na odległość metra, wasze elektroniczne zwierzątka mogły się razem bawić lub tańczyć (z powodu ograniczonej rozdzielczości taniec Tamagotchi niewiele różni się od sygnału „jestem głodny”). Może gdybym połączył dwa Tamagotchi, przycisk z lekarstwem w Tamagotchi Becky uleczyłby Meemoo?

Z początku Luke gwałtownie sprzeciwiał się oddaniu mi Meemoo, pomimo moich zapewnień, że chcę mu tylko pomóc. Ale kiedy przekupiłem jego i Becky czekoladowymi ciasteczkami i torebką chipsów, zgodzili się oddać swoje Tamagotchi.
Kiedy Gabby powiesiwszy bieliznę wróciła z ogrodu, była wściekła.

– Dlaczego dałeś dzieciom chipsy i czekoladę? – syknęła, cisnąwszy pusty kosz na podłogę – Właśnie miałam dać im obiad.

– Zostaw mnie na chwilę – rzuciłem.

Nie miałem czasu na wyjaśnienia. Miałem jedynie kilka minut zanim dzieciaki zażądają swoich zabawek z powrotem, a do tego miałem problem ze sprawieniem by Tamagotchi się odnalazły – może łącze bluetooth Meemoo zostało upośledzone przez wirusa?

Jednak w końcu, kiedy położyłem je czujnikami do siebie, Tamagotchi jednocześnie wydały z siebie brzęczący dźwięk i obie postacie pojawiły się na obu ekranach. Niesamowite, że dało mi to taką satysfakcję.
Także na ekranie Becky Meemoo nie wyglądał zdrowo. By podać lekarstwo, przycisnąłem dwa razy A i raz B.

Nic się nie stało.

Spróbowałem jeszcze raz. Ale Tamagotchi tylko sobie tam stały. Jeden zdrowy, drugi chory. Nic nie robiąc.

Luke i Becky wrócili z tłustymi palcami i twarzami brązowymi od czekolady. Powiedziałem im, żeby wytarli ręce w spodnie zanim zaczną się bawić Tamagotchi. Już miałem je rozłączyć, ale kiedy Luke i Becky zobaczyli, że mają postać drugiego zwierzątka na swoich ekranach, podekscytowali się i usiedli przy kuchennym stole by się razem bawić.

Nalałem sobie piwa i pół kieliszka wina dla Gabby (jej dzienny limit), a potem, widząc chipsy na stole, poczęstowałem się. W smaku zimnego piwa i solonych chipsów było coś kojącego.

Gdy moje piwo zniknęło a mama Becky przyjechała by ją odebrać, Becky przyniosła mi swoje Tamagotchi.

– Czy możesz naprawić Weebee? – zapytała – Myślę, że coś z nią nie tak.
Różowy Tamagotchi Becky już zdradzał pierwsze symptomy choroby Meemoo: chudnięcie i zanik rysów, zgarbione plecy, letarg.

Gdy zacząłem wciskać przyciski z lekarstwem wiedząc, że i tak nie zadziałają, usłyszałem, jak mama Becky zatrzymuje się na podjeździe.

– Proszę – powiedziałem – Ona po prostu potrzebuje trochę odpoczynku. Zostaw ją do jutra w spokoju i powinno być OK.
p(doublebreak). Luke został zaproszony na przyjęcie urodzinowe. Zwykle to Gabby zabierała go na przyjęcia, ale tamtego dnia czuła się marnie – pierwszy trymestr był tym razem wyjątkowo nieprzyjemny. Więc przekonała mnie żebym to ja poszedł, mimo tego, że nienawidzę kinderbali.

Zauważyłem, że wiele innych dzieci na przyjęciu miało Tamagotchi. Były przyczepione do szlufki od paska ich spódniczek i spodni. Dzieci przerywały zabawę co kilka minut żeby spojrzeć na swojego Tamagotchi i sprawdzić czy wszystko jest OK, co pewien czas wciskając jakiś przycisk by spełnić którąś z jego potrzeb.

– Te Tamagotchi to szaleństwo, co nie? – zauważyłem, zwracając się do innego taty, który stał na brzegu trawnika z założonymi rękoma.

– No – uśmiechnął się.

– No – powiedziałem – Tamagotchi mojego dzieciaka zachorowało. Jedno z
jego ramion odpadło dziś rano. Nie do wiary, co?

Tata odwrócił się do mnie, z nagle poważną miną.

– Nie jesteś przypadkiem ojcem Luke’a? – zapytał.

– Jestem – odpowiedziałem.

– Dzięki tobie musiałem kupić nowego Tamagotchi.

Zmarszczyłem brwi i parsknąłem, myśląc, że facet nie może mówić serio, ale moja reakcja zdawała się go wkurzać.

– Becky Willis była u was w domu, tak czy nie? – kontynuował – Jej zwierzątko zaraziło zwierzątko Matta, bo ona siedzi z nim w ławce. Zwierzątko mojego chłopaka umarło. Teraz zastanawiam się czy nie policzyć Ci za nowego Tamagotchi.

Gapiłem się prosto w jego oczy, szukając znaku, że żartuje, ale żaden się nie pojawił.

– Nie wiem, co powiedzieć – powiedziałem. I naprawdę nie wiedziałem. Myślałem, że zwariował, zwłaszcza, że mówił o Tamagotchi „zwierzątka”, jak gdyby były prawdziwymi zwierzakami, a nie 30 pikselami na ekranie LCD o funkcjonalności niewiele większej od budzika.

– Może coś innego było nie tak z twoim. Tamagotchi Luke’a nie umarło.
Ten drugi tata pokręcił głową i wypuścił głośno powietrze. Potem odwrócił się by spojrzeć na mnie z ukosa, co utworzyło fałdę na jego tłustym karku.

– Chyba nie przyniosłeś tego tutaj?– zapytał.

– Cóż, Luke wszędzie go ze sobą nosi– odpowiedziałem.

– Jezu – wysapał, po czym literalnie przebiegł po grze w Twistera w którą grało parę dzieci, żeby złapać Tamagotchi swojego syna i sprawdzić, czy nadal jest OK. Następnie pokłócił się z nim przy odczepianiu Tamagotchi od szlufki mówiąc, że dla bezpieczeństwa położy go w samochodzie. Narobili tyle hałasu, że matka dziecka, które miało urodziny, podeszła by ich udobruchać. Tata nachylił się nad jej uchem żeby coś wyszeptać, a ona patrzyła w ziemię jak mówił, potem wyżej, na mnie, a potem na Luke’a.

A potem przeszła przez ogród prosto do mnie.

– Cześć. Nie mieliśmy okazji się poznać – powiedziała, podając mi rękę z uśmiechem – Jestem Lillian, mama Jake’a.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, a ja powiedziałem, że miło mi jest ją poznać. Precyzja jej fryzury i delikatność białego sweterka sprawiły, że wydawała się krucha, ale to były tylko pozory.

– Zaraz będziemy grać w ‘Podaj paczkę’.

– Jasne.

– Tak, i boję się, że inne dzieci mogą złapać…– otworzyła usta pokazując, że jej zęby są zaciśnięte i skinęła głową, mając nadzieję, że zrozumiałem, że nie będzie musiała cierpieć niezręczności, jaką byłoby wypowiedzenie tego na głos.

– To tylko zabawka – powiedziałem.

– Mimo tego, wolałabym…

– To brzmi tak, jakby…

– Jeśli nie masz nic przeciwko…

Pokręciłem głową, zdając sobie sprawę z absurdalności tej sytuacji, ale zgodziłem się tym zająć. Kiedy powiedziałem Luke’owi że muszę zabrać Meemoo, na chwilę dostał szału. Tupnął, ułożył swoje palce na kształt szponów i wrzasnął.

– Latający borsuk!

Gdy Luke robi latającego borsuka każdy w promieniu dwóch metrów jest w niebezpieczeństwie. Latający borsuk jest bezwzględny. Orze przedramiona długimi paznokciami. Celuje w oczy.

–OK, OK – powiedziałem, wycofując się i podnosząc ręce w geście poddania – Możesz zatrzymać Meemoo, ale w takim razie muszę Cię zabrać do domu.
Luke skrzywił nos i zmarszczył brwi tak bardzo, że prawie nie widziałem jego ciemnych oczu.

– Przegapisz tort – dodałem.

Luke rozluźnił swoje szpony i oddał mi Meemoo, wydając przy tym groźny pomruk. Meemoo był gorący, i zastanawiałem się, czy to od spoconych rąk Luke’a, czy może Tamagotchi miał gorączkę.

Wziąłem Luke’a za rękę i zabrałem tam, gdzie kółko do „Podaj paczkę” było prostowane przez niektóre mamy, chowając Meemoo poza zasięg wzroku – w mojej kieszeni. Posadziłem Luke’a i wyjaśniłem, co się będzie działo i co ma robić. Chudy dzieciak bez dwóch zębów na przodzie patrzył na mnie i na Luke’a zastanawiając się, jaki mamy układ.

p(doublebreak).Kiedy wróciliśmy do domu Gabby była wkurzona.

– Coś jest nie tak z moim komputerem – powiedziała.

– No świetnie – odpowiedziałem – Co robiłaś, kiedy się zepsuł?

– Nic nie zrobiłam! Nie cierpię, jak zawsze mówisz, że to moja wina!

Pokazałem jej moje dłonie i przedramiona, wycofując się. Po tym kinderbalu nie miałem już siły na kłótnie.

Komputer był w jadalni, wyłączony. Czekając aż odpali, zaparzyłem herbatę i wpakowałem sobie do ust widelec zimnego makaronu z pesto. Gdy wklepałem swoje hasło, komputer ładował się przez jakiś czas, a potem zaczął przerażająco bzyczeć. Ekran zrobił się czarny i pojawił się długaśny komunikat o błędzie, który był na ekranie zbyt krótko bym zdążył go przeczytać. Z ostatnim uderzeniem elektronicznego tętna i rzężeniem zwalniającego wiatraczka, odszedł.

– Robi tak przez cały czas – powiedziała Gabby.

– Byłaś w Internecie, gdy to się stało?

– Na miłość boską! – Gabby aż się opluła – Ja nic nie zrobiłam.

Z tej frustracji, wbiłem kęs pesto w usta. Zrobiło się rozcięcie, które do następnego ranka zamieniło się we wrzód.

Musiałem poczekać do poniedziałku żeby sprawdzić maile w pracy. Od producentów Tamagotchi nadal nic. W przerwie na lunch, pryskając na klawiaturę sosem bolognese wygooglowałem „Tamagotchi” razem z każdym synonimem słowa „wirus”. Nie mogłem znaleźć nic poza standardowymi instrukcjami jak podać mu lekarstwo gdy pojawi się trupia czaszka i skrzyżowane piszczele.

W środku popołudnia, gdy byłem na swoim przedostatnim spotkaniu tego dnia, poproszono mnie przez radiowęzeł, żebym zadzwonił do recepcji. Gdy ogłasza się coś przez radiowęzeł wszyscy wiedzą, że to nagły wypadek, a ponieważ było to do mnie, wszyscy wiedzieli, że coś stało się z Luke’iem. Wyszedłem z pokoju konferencyjnego i pobiegłem z powrotem do mojego biurka, starając się nie patrzeć na te wszystkie twarze, które się za mną oglądały.

Po drugiej stronie linii czekała Gabby. Gdy recepcja ją połączyła, płakała. Luke miał jeden ze swoich ataków. Tym razem krótki, tylko osiem minut, ale od kiedy doszedł do siebie, prawa strona jego ciała była sparaliżowana. Podobnie było ostatnim razem, ale przeszło w pół godziny. Nienawidziłem myśli, że jego ataki się zmieniały, zdawały się rozwijać w pewien sposób. Powiedziałem Gabby żeby się uspokoiła, i że natychmiast wychodzę.

Gdy dojechałem do domu, paraliż już ustąpił i Luke znów czuł się normalnie, poza bezwładem kącika ust, który sprawiał, że połykał słowa. Miałem nadzieję, że wkrótce i ta zmarszczka się wygładzi, tak jak ostatnim razem.

Przytuliłem Luke’a, zanurzając twarz w jego grubych włosach i całując jego głowę z boku, żałując, że nie żyjemy w świecie gdzie pocałunkiem można naprawić mózg. Pogładziłem go po plecach, mając nadzieję, że znajdę tam mały guziczek resetu, ukryty w dziurce, coś co mógłbym nacisnąć i co pozwoliłoby nam zacząć od początku, coś co by starło wszystkie bazgroły z tablicy i zostawiło nas jeszcze raz z czysta kartą.

Gabby siedziała na brzegu fotela trzymając się za brzuch, jak gdyby coś ją bolało.

– Wszystko w porządku? – zapytałem.

Wytarła sobie nos grzbietem dłoni i skinęła twierdząco. Gabby najbardziej obawiała się, że problemy Luke’a nie były tylko częścią jej, ale też częścią fabryki która go wyprodukowała – co jeśli każde dziecko, które razem spłodzimy będzie miało tę samą wadę konstrukcyjną?

Lekarze mówili jednogłośnie, że szanse na to, że to się zdarzy ponownie są nikłe, ale nie sądzę byśmy kiedykolwiek zdołali się w pełni odprężyć. Wiedziałem, że jeszcze długo po narodzinach naszego drugiego dziecka będziemy szukać u niego objawów, które z początku wyglądały tak niewinne u Luke’a.

Ten atak nie był na tyle długi by dzwonić po karetkę, ale ponieważ paraliż był wciąż rzeczą nową, nasz lekarz przyszedł do domu żeby obejrzeć Luke’a. Luke nienawidził gumowego młoteczka, którego doktor używał by sprawdzić jego odruchy. Jedynym sposobem na to, by lekarz mógł przeprowadzić to badanie było pozwolenie Luke’owi na uderzenie młotkiem mnie.

– Tata nie ma odruchów w głowie – powiedziała Gabby, gdy Luke spuszczał mi łomot.

– Teraz już na pewno nie mam – zaśmiałem się.

Luke ma dobry zamach. Może pewnego dnia będzie golfistą, pomyślałem sobie.

Ze szkoły przyszedł list zabraniający Tamagotchi. Wiedziałem, że to moja wina. Tamagotchi trzech kolejnych dzieciaków zmarły i nie udało się ich wskrzesić.

– Ludzie mnie olewają, kiedy rano podrzucam Luke’a do szkoły – powiedziała Gabby. Pocierała palcami skronie, bo bolała ją głowa. Miałem wrażenie, że w domu wszystko się rozpadało.

– Jesteś pewnie trochę przewrażliwiona – zasugerowałem.

– Nawet nie waż się mówić, że to moje hormony.

Sprawy zaszły za daleko. Meemoo musiał odejść.

Byłem zaskoczony tym, jak ciężko było powiedzieć Luke’owi, że musi pożegnać się z Meemoo. Siedział na brzegu piaskownicy, dźgając piasek źdźbłem trawy jak igłą.

– Nie! – warknął na mnie i zrobił tę swoja głęboko zmarszczona minę. Mocno złapał Meemoo i skrzyżował ręce na piersi.

– Pomóż mi, dobra? – poprosiłem Gabby, gdy wyszła na zewnątrz ze swoją książką.

– Tym razem ty możesz się tym zająć – odpowiedziała.

Próbowałem przekupić Luke’a, ale nie dał się na to nabrać i złościł się coraz bardziej, bo teraz odmawiałem mu też obiecanego ciastka. Próbowałem kłamstwa, mówiąc, że tylko zabiorę Meemoo do szpitala, żeby się trochę podleczył, ale już straciłem jego zaufanie. W końcu miałem już tylko jedno wyjście. Powiedziałem Luke’owi, że albo posprząta wszystkie swoje zabawki w ogrodzie, albo będę musiał skonfiskować Meemoo na całe dwa dni. Wszystko wskazywało na to, że ten kawałek odpowiedzialny za sprzątanie znajdował się w uszkodzonej części jego mózgu. Ale odbyłem z nim rytuał wielokrotnego proszenia i gdy gniew zaczął w nim narastać, gdy zaczął tupać i kopać przedmioty, ja zacząłem odliczać.

– Nie licz! – krzyknął, znając ostateczność odliczania.

– Daj spokój – odpowiedziałem – Zostały ci 4 sekundy. Po prostu posprzątaj swoje zabawki i możesz zatrzymać Meemoo.

Gdyby naprawdę zaczął sprzątać, to byłby taki cud, że naprawdę pozwoliłbym mu zatrzymać Meemoo, AIDS i co tam jeszcze.

– Trzy… Dwa…

– Przestań liczyć! – wykrzyknął Luke, a potem zagroził – Latający borsuk!

Jego palce wykrzywiły się w ten znajomy i przerażający kształt i Luke zaczął mnie gonić. Odskoczyłem, potykając się o wiaderko.

– Jeden i pół… Jeden… Daj spokój, Luke, zostało Ci tylko pół sekundy – jakąś część mnie musiało to wszystko cieszyć, bo chichotałem.

– Przestań – wtrąciła się Gabby – To jest okrutne.

– Musi się nauczyć – odpowiedziałem – Daj spokój, Luke, został ci już tylko ułamek sekundy. Zacznij zbierać swoje zabawki, to zatrzymasz Meemoo.

Luke zaryczał i rzucił się ze swoim latającym borsukiem na mnie, na moje ręce, na moja twarz. Złapałem go w pasie i odwróciłem tak, że jego plecy były zwrócone w moją stronę. Latający borsuk zanurzył szpony w moich knykciach podczas gdy ja mocowałem się z jego druga ręką by wydobyć z niej Meemoo.

Zanim odebrałem Meemoo miałem już trzy wyżłobienia, które piekły jak cholera.

NIENAWIDZĘ CIĘ! – wrzasnął Luke z płaczem i wpadł do domu jak burza, trzaskając drzwiami.

– Zasłużyłeś na to – skomentowała Gabby, patrząc na mnie sponad swoich okularów przeciwsłonecznych.

Nie mogłem tak po prostu wyrzucić Meemoo. Luke nigdy by mi tego nie wybaczył. To mógł być jeden z tych kształtujących osobowość momentów, który wypaczy go na zawsze i stanie się źródłem wszelkiego rodzaju problemów z zaufaniem w późniejszym życiu. Zamiast tego postanowiłem poddać Meemoo eutanazji.

Gdybym zamknął Meemoo w szafce, pozbawiając go tego wszystkiego co pomagało mu w przetrwaniu – jedzenia, zabawy, pieszczot i toalety – AIDS będzie rosło w siłę w miarę tego jak Meemoo będzie słabł i otaczał się coraz większą ilością własnych odchodów. AIDS wygra. A gdy Meemoo będzie martwy, albo zresetuje się jako zdrowy Tamagotchi, albo skona. Jeśli będzie zdrowy, Luke dostanie go z powrotem, a jeśli padnie, Luke zaliczy wartościową lekcję o śmiertelności, a ja kupię mu nowego na pociechę.

Kusiło mnie, żeby zerknąć do szafki gdy Meemoo tam leżał, zobaczyć jego ostatnie chwile, ale Tamagotchi miały czujniki które wykrywały ruch. Mógłby zinterpretować moja uwagę jako troskę i tym samym zdobyć nieco siły przeciwko wirusowi, który go niszczył. Nie, musiałem zostawić go w spokoju i oprzeć się tej pokusie.

Obecność Meemoo w tej szafce zdawała się zmieniać jej wygląd. Ze zwykłej szafki na lekarstwa stała się czymś innym, czymś… odmiennym.

Po całych dwóch dniach nie mogłem się dłużej oprzeć. Byłem pewien, że Meemoo już dawno skonał. Byłem tak pewny siebie, że nawet pozwoliłem Luke’owi iść ze sobą i przyglądać się, jak otwieram szafkę i wyciągam Meemoo.

– OK – powiedziałem – Więc nauczyłeś się czegoś o sprzątaniu po sobie?

– Oddaj go – odpowiedział Luke z nadąsaną miną.

– Dobry chłopiec – pogładziłem go po głowie, potem otworzyłem szafkę i wyjąłem Tamagotchi.

Meemoo był żywy.

Stracił już trzy z czterech swoich kończyn i zostało mu już tylko jedno ramię, które trzymał wyciągnięte pod głową. Jedno z jego oczu zamknęło się do małej niewidzącej kropki. Jego spikselowany kontur był przerwany w paru miejscach – szeroko otwartych porach przez które niewidzialne substancje musiały się z pewnością wlewać i wylewać.

– To jest jakiś absurd – powiedziałem – Luke, bardzo mi przykro. Będziemy musieli go wyrzucić.

Luke wyrwał mi Tamagotchi i pobiegł do Gabby, wrzeszcząc. Tak naprawdę, to cały się trząsł, jego twarz była czerwona i spocona.

– Co ty znowu narobiłeś? – Gabby popatrzyła na mnie z gniewem.

Złapałem się za czoło obiema dłońmi. Wypuszczałem powietrze z płuc za pomocą głębokich oddechów. Mój mózg swędził gdzieś w środku czaszki.

– Poddaję się – powiedziałem i głośno tupiąc pobiegłem na górę do sypialni.
Próbowałem czytać, ale nie mogłem się skupić. Włączyłem telewizor i obejrzałem program o gotowaniu. Było coś kojącego w tym jak szef kuchni obsmażał tuńczyka na patelni, co pozwoliło stopniowo zmięknąć biciu mojego serca.

Gabby zawołała mnie z dołu.

– Czy możesz zejść i zawołać Luka do domu? Kolacja jest prawie gotowa.
Pozwoliłem swoim stopom ześlizgiwać się z brzegu każdego schodka, ciesząc się naciskiem w piętach. Wyszedłem na zewnątrz w skarpetkach. Luke zakopywał w piaskownicy piłkę do nogi.

– Czas do domu, młody człowieku – powiedziałem – Kolacja czeka.

– Chodź, Luke – zawołała Gabby przez otwarte okno i na dźwięk głosu swojej mamy Luke podniósł się, otrzepał dżinsy z piasku i wszedł do środka, omijając mnie szerokim łukiem.

Kropla deszczu uderzyła mnie w czubek nosa. W górze, ciężkie chmury były nisko. Typu strzępiastego, takie suszą się przez kilka dni. Gdy się już odwracałem by wrócić do domu, zauważyłem Meemoo na brzegu piaskownicy. Luke go tam zostawił. Zacząłem się po niego schylać, ale zatrzymałem się, podniosłem i wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi.

Po kolacji, Gabby poszła położyć Luke’a do łóżka, to była jej kolej. Zrobiłem sobie herbatę i przechyliłem się przez oparcie kanapy, wspierając kubek na parapecie i wdychając gorącą parę. Na zewnątrz deszcz ubijał trawę, kopał kratery w piaskownicy i odbijał się od Tamagotchi. Pomyślałem, jak niedorzeczne było moje poczucie winy, ale z jakiegoś dziwnego poczucia obowiązku nie odrywałem od niego wzroku dopóki deszcz nie wymył nieba z resztek światła.

Translated from the English by Justyna Ostrowska.
Translation edited by Paweł Ostrowski and Joanne Punpur.
Story is © Copyright Adam Marek, 2008.
Translation is © Copyright Justyna Ostrowska, 2012.
First Published in English in The New Uncanny (Comma Press, 2008).

European Cultural Foundation Chapter ∓ Verse Kikinda Short Nederlands Letterenfonds Manchester Literature Festival NORLA Goethe Institut Creative Scotland